Teksty z szuflady

 

Natalia Markiewicz

 

Zjawa

 

Minąłeś mnie,

nie unosząc wzroku

Jak zwykle

Nie dostrzegasz mnie

A patrzysz prosto na mnie,

nie widzisz

 

Wiem jak przezroczysta się stałam

Wiem Jak trudno mnie ujrzeć

Ale o tobie myślałam

 

Przyzwyczaję się w końcu

i do tego

Zawsze niewidzialna,

dla każdego

 

Jestem, gdzie być chcę

Co zamierzam osiągnąć, osiągnę

Nikt nie wejdzie przecież “zjawie” w drogę

 

Jestem cieniem

Właśnie patrzę prosto na Ciebie

Nie widzisz mnie?

 

 

Bunt Młodych

 

To my,

Określani mianem smarkaczy

Nic nie wiedzące dzieciaki

Przesiąknięci technologią

Myśmy zła nie zaznali

 

To my,

Na niczym się nie znamy

Nie możemy mieć głosu

My nie umiemy, nie potrafimy

My nigdy was nie zdziwimy

 

Wy wszystkie dzieje znacie

Nas macie w pogardzie

Was kształcił naród

Nas tylko diabła technika

Taka jest wasza logika

 

To nic że od wieków

Młodzi to nowe przynoszą

I chcą od nowa

Młodzi co odkryć coś pragną

 

Lecz wszystko już było

Wszystko widziano

Nic nowego wnieść się już nie da

I kogo obchodzi że tak już myślano

Z rokiem gdy Romantyczność wydano

 

Jak z czasów Staffa

Już świat się zgrozą okrywa

Jak Skamandryci

Powiem nowości

Wnieść znów musimy wyklęci

 

Wasze jest wczoraj

Weźcie je sobie

Łapczywe wczoraj

Pełne zawiści

Że jutro śmie się narodzić

 

Wyście je kłuli

Wasze te błędy i znoje

Wasze porażki

Dajcie nam ponieść te swoje!

 

My chcemy więcej

My chcemy jutra

Nam dajcie jutro utworzyć

 

Nam – dzieciom prądu

Dzieciom techniki

Tym głupim, tym naiwnym

 

Nam, co umiemy bliźnich szanować

W cokolwiek by nie wierzyli

Co nie pragniemy

Mieć na wyłączność

Niczyjej, obcej nam ziemi

 

Dajcie nam stworzyć

Nowe zasady

Dajcie nam stery uchwycić

Nie szydźcie z buntu,

Bądźcie spokojni

 

I nam się zbuntują za x lat

Nasze dzieci…

 

 

Sapere Aude

 

Pisałam wczoraj wiersze,

lecz dziś to tylko puste słowa

I któż by nie chciał po wieki

zostać zapamiętany

Gdyż aż po skonanie

poezji pragniesz

Pytano, dlaczego słowa mądre

umierają?

Bo są tylko słowami

 

O życiu poza schematem potajemnie

śniłam,

lecz w schemacie umrę

Bo w nim się urodziłam,

pisząc swoje wierszyki,

nie dając spać duszy nocami

Ten strach przed niedoskonałością

niszczył me serce ze stali

 

Słowa kuszą mądrością

i urokiem

Słowa ranią,

latami potrafią odbijać się echem

Lecz dla poety są pasją i życiem

 

Dziś boimy się bać,

za grubą barierą wolimy stać

i słowa wyrywać poecie

By zagłuszyć i oślepić

głuchy dźwięk głupoty

 

Miej więc odwagę być mądrym

 


 

 

 

 

Marta Zienkiewicz

Dama w diabelskiej sukni

Stworzyłaś moje serce jak układankę,

bawiąc się przy tym jak na weselu.

Marzyłaś o mnie całe życie albo tylko śniłaś.

Otulałaś moją duszę utraconą.

Dałaś mi oddech subtelny.

I mówiłaś, abym przeszła przez kręte ścieżki

tylko po to, aby usiąść kiedyś

na szczycie tej długiej tułaczki ze spokojem.

Byłaś moją gwiazdą wśród ciemnych chmur.

Moim wypełnieniem w braku słów.

A potem stałaś się kimś innym

albo to ja się tym stałam.

Bawiłaś się mną jak zabawką.

Dotykałaś mnie, pozostawiając blizny.

I chociaż byłyśmy tak blisko, to

nie rozumiem, dlaczego jesteś taka gorzka.

Nie da się przełknąć Ciebie.

Pozostał tylko chłód i gorycz po Tobie.

I ta twoja diabelska suknia

porwana na milion kawałków mojej duszy.

Dlaczego zgniotłaś mnie jak

zużytą kartkę papieru i pozwoliłaś spalić?

Myślałam, że będziemy na zawsze razem,

ale przez Ciebie nie ma mnie.

Damo w diabelskiej sukni, proszę Cię,

zostaw mnie w spokoju, abym mogła

dalej triumfować po światach,

a nie co noc przenosić góry na próżno.

Diamentowe niebo

Budując serca diamentowe niebo,

poskramiam swą duszę utraconą.

Spoglądam na ludzi krążących w otchłani.

Bez twarzy, bez serc, bez złości.

Same zamknięte pisklęta

w absurdzie świata przedstawionego

swej młodzieńczej wyobraźni.

Czując ich zapach

Dedalowych pragnień ciągle,

pragnę dać im skrzydła nieziemskie

i modlić się za nich, aby wyzwolili się

od tych grzechów pierworodnych,

od tej lustrzanej puszki Pandory.

Pragną wrócić do lotu gwiazd jak dawniej.

Zamknąć oczy i unosić się

po białych ćmach boskości.

Nie za chwilę, nie jutro…

Teraz!

Wyzbyć się kolczastych łańcuchów

krwawym piekłem porośniętych.

Odbyć swą anielską podróż

do diamentowego nieba w harmonii.

Stojąc przed bramą wiecznego spokoju,

dopiero wtedy poczują ten piękny zapach

bliskości jego tronu.

I zrozumieją, że na ziemi panuje

lucyferystyczny byt, a nie

piękny sen o delikatnych duszach.

Razem

Zatańczmy znów

w blasku brylantowych świateł.

Skradnijmy trochę serca tego świata

albo pocałujmy demona na dobranoc.

Nie straszne nam są męczarnie szatańskie,

bo tornado z ogniem idą razem w parze.

A kiedy już wszystko ucichnie,

a w naszych sercach pojawi się szarość,

wspomnimy te lasy zielone albo

te morza pachnące świeżością.

Wspomnimy nasze ucieczki dalekie

od nudności świata codziennego.

I będziemy na łożu zapomnienia

trzymać się za ręce razem

aż do końca godziny istnienia.


 

 Ilona Młodzińska                               

Niemiłość

Spojrzenia zatopione w bieli aksamitnej pościeli

 Spojone myśli

Słodycz, co zabija moje zgorzknienie

Sens wszechobecny

O Pani, której imienia nigdy nie poznam

Bądź mi muzą zgiełku nocy

Towarzyszką eskapady

Mym natchnieniem

Klęską, światłem

 

 Ewa

Skąpana w bezkresie swej niedoli

Gaśniesz samotnie, pośród zwiędłych twarzy

 Łzy roniąc słone, odnajdujesz ukojenie w milczeniu

 

Autobus donikąd

Piątkowe popołudnie

Nastała ta godzina

 Autobus donikąd podjechał na mój przystanek

 Bez celu

  W środku tłumy

Tłumy takie same jak ja

Spojrzenia stały się przekleństwem

 Unikam ich

 Kasuję bilet

 Widnieje na nim data

 Oto dzień, w którym wszystko miało być inaczej

Szukam

Szukam miejsca

 Swojego miejsca

Świetliste dłonie koją mój strach             


                       

Zuzanna Porębska

Sznur

Być albo nie być

nieznośnie dobija się do mych drzwi

szarpie za klamkę

targa byt za ubranie

 

Cicho!

cicho depcze po piętach istnienia

i skrada się, skrada

a ślina kapie po brudnej brodzie

 

obdziera ze skóry lśniące dusze

i ciągnie je na sznurze

po zimnych deskach

wybujałych umysłów

 

Do snu

Ścielę dziś życie wspomnieniem

rozpamiętuję trwające chwile

i boleśnie wzdychając

liczę na palcach sekundy szczęścia

 

Jakie pokraczne

jest życie człowieka

ile w nim zła nieszczerości

jakie ułomne w szczęście

ludzkie-nieludzkie życie

nasze

marne i kruche

jakie niedobre

 

Ścielę już życie wspomnieniem

rozpamiętuję trwający byt i niebyt

 

to beznadziejnie pokraczny jest człowiek

nie docenia, nie widzi-ile ma

I gaszę swój umysł

ludzki-nieludzki

ścieląc swe życie przyszłością.

 

Pan Czas

Witaj

Chciałam spytać jak Ci się życie układa

Czy już ktoś

wytarł moje niewidzialne łzy

i szminkę z wczorajszego kubka?

Czy Pan Wczoraj zaglądał tu dziś

i patrzył w Twoje niewyspane oczy, życiem?

Czy wycierał kurz z Twego ciała po moim oddechu?

Pamiętasz?

Rok temu

w naszych oczach zrównały się dwa światy

 

A dziś jest jutro i wczoraj

Witaj

o świcie bladego jutra


 

Adam Sikora

Czyste serce czarnej panny

Szła nocą kobieta w czarnym lesie.

Brudna, niechlujna, a w brzuchu głodna.

Karmiła ptaki w nieczystym lesie.

Biciem wielkości, ambitna dusza,

Ratować chciał bohater czy człowiek zwany mną.

Ciałem Mesjasza chciał uratować ją.

Do wielkiej bliskości kobieta, spojrzała na niego oczami bociana.

Gestem misia ukazała ciepło.

Wszakże prędko ciche ciało

Znikało na kolejną przygodę.

Całą, głęboką i też czystą.

Ostatnim gestem zmieniła wszystko.

Dar podała mu na dłoni.

Jako panna czysta, lekka.

Wyszła słuszność, prawda boska.

A na dłoni wielka rzecz.

Białe serce, czyste serce.

Skip to content